– Skąd mam wiedzieć, że mnie kochasz? – zapytał. Jesteś taka mało wylewna.
– No tak – pomyślała. Nie pozwala mu się oświadczać, powtarzając, że związki z deklaracjami obojgu nam wychodzą łagodnie mówiąc dość średnio. Nie gasi wszystkich, codziennie powstających i wszystko obejmujących pożarów. Nie zgadza się na każdy zakup.
Ogólnie rzecz biorąc jest zołzą. Tak współczesny słownik określa kobiety, które nie dają sobie wejść na głowę. Ale cholera. Przecież o to mu chodziło. Chciał kogoś kto będzie podejmował za niego decyzje. Dzięki temu będzie mógł realizować spokojnie plany i marzenia.
Nie wiedziała skąd On ma wiedzieć. Może stąd, że była. Wtedy, gdy gdzieś jeździł i ogłaszał, że jest dziwna. Wtedy, gdy spełniając swoje fantazje o lataniu łamał rękę. Wtedy, gdy dawał sobie niezliczoną ilość czasu na rozwój lub zwój, w zależności od tego, kto ma jaką definicję. To była miłość bez fajerwerków. Czasami z wybuchami. I dobrze. Przecież nie zawsze musi być słodko i lukrowo.
Dziś jednak zrozumiała, że kochać to znaczy, móc coś oddać bez komuś i móc liczyć na to, że to zrobi. Powiedzieć coś i wiedzieć, że zrozumie. Zołza jest podobno zaradna, obrotna, ładna, zadbana i ambitna. Może, więc kiedyś i ona znajdzie swojego amatora. Może nie dziś. Może nie teraz. Może musi poczekać….