Dawno, dawno temu, w czasach kiedy Internet nie przypominał pola minowego dla psychiki, żyło się online jakby trochę lżej. Ludzie nie byli aż tak podminowani, memy nie miały jeszcze obowiązku wywoływać skrajnych emocji, a jedyne, co cię bombardowało, to śmiech kolegi, gdy łączyłeś się przez modem i cała rodzina nie mogła przez to zadzwonić. Dziś, w świecie, w którym każdy status może być ostatnim gwoździem do trumny twojej reputacji, tęsknię za tamtym spokojnym netem jak za gumą Donald i kompotem z rabarbaru. Miał w sobie coś z wakacyjnej lektury – niekoniecznie potrzebny, ale ciepły i swojski.
W tamtych czasach scrollowanie miało sens. Człowiek faktycznie chciał coś znaleźć. Kliknięcie w link było przygodą, a nie desperackim poszukiwaniem dopaminy między reklamą pasty do zębów i filmikiem z papugą recytującą „Sto lat”. Nie było algorytmów, które uzależniały szybciej niż nikotyna. Zamiast tego był Internet – nieprzewidywalny, chaotyczny, czasem brzydki jak grzech, ale nasz. To był czas, kiedy człowiek wchodził na fora o terrarystyce i zostawał tam przez trzy godziny, bo koleś z Suwałk właśnie opisywał, jak jego żółw odgryzł kabel od klawiatury. Dziś wszystko podane jest w feedzie jak sushi z taśmy – kolorowe, piękne, ale już bez smaku.
Największym paradoksem tamtego Internetu było to, że mimo anonimowości – ludzie byli mniej wredni. Jasne, zdarzały się sprzeczki. Ale to były pojedynki słowne, nie jatki. Ktoś cię wyzwał? To musiał się postarać – miał składnię, interpunkcję i riposty lepsze niż niejeden bohater Szekspira. A dzisiaj? Komentarze są krótsze niż dźwięk startu Windowsa 95. Wszystko toczy się na poziomie emocji, nie argumentów. Kiedyś internetowe spory przypominały szermierkę – dzisiaj to bardziej rzut cegłą na oślep.
Nie możemy też pominąć tematu dezinformacji, która kiedyś miała swój urok. Teorie spiskowe były tak oderwane od rzeczywistości, że aż zabawne – Elvis żyje, Ziemia jest pusta w środku, a delfiny rządzą NATO. Dziś fake news to korpo-produkt, wypolerowany, z wykresami, zdjęciami i ekspertem od „czegośtamlogii” w roli głównej. Trudniej go wychwycić niż niedopalonego czita w League of Legends. I w tym wszystkim – bardziej niebezpieczny. Kiedyś wątpliwe treści szerzyli wujkowie z wąsem na forach. Dziś robią to konta z tysiącami followersów i logo telewizji.
To, co naprawdę wyróżniało tamten internet, to pasja. Ludzie nie pisali blogów, żeby zostać influencerami. Pisali, bo ich to jarało. Dziewczyna z Poznania miała stronę o smokach. Ktoś z Krakowa prowadził encyklopedię horrorów klasy B. Każdy miał swoją niszę i nikomu nie przeszkadzało, że nikt nie płacił mu za recenzję soku z aloesu. Obecnie wszystko musi być pod SEO, z clickbaitowym tytułem i planem contentowym. Tamto było jak ręcznie robiony sweter od ciotki – trochę krzywy, ale za to z sercem.
Czasem zastanawiam się, czy wtedy Internet nie był bardziej… ludzki. Przeglądarki nie śledziły każdego kliknięcia. Telefon nie podsłuchiwał twoich myśli (chyba). Komputer się zawieszał, ale przynajmniej nie wysyłał twoich danych do siedmiu reklamodawców przy każdym kliknięciu „lubię to”. Jasne, technologia była prostsza. Ale może właśnie dzięki temu bardziej sprzyjała człowiekowi niż jego portfelowi i poziomowi dopaminy.
Były też fora. Ach, złota era forów! Niewyczerpane źródło absurdów i czułości. Tam każda dyskusja mogła zacząć się od pytania o rasę kota, a skończyć na sporze o kapitalizm. Moderatorzy byli jak bogowie – czasem groźni, ale z reguły opiekuńczy. Użytkownicy mieli sygnaturki z cytatami z „Matriksa” i zdjęcia z Painta. A najgorszym zagrożeniem była bana za OT (off-topic), nie fala hejtu z ośmiu platform naraz.
Czy tęsknię za tamtym internetem? Owszem. Ale nie z powodów sentymentalnych. Tęsknię za spokojem. Za tym, że nikt nie krzyczał do mnie z ekranu, że muszę „coś kupić TERAZ!”. Tęsknię za czasem, gdy wiedza nie była pomieszana z clickbaitem, a komunikacja nie była wojną na lajki. Tęsknię, bo tamten Internet – nawet jeśli był toporny – był mniej toksyczny niż obecny, który codziennie uprawia emocjonalne MMA w twojej głowie.
Oczywiście, nie cofniemy czasu. Nie wrócimy do Internetu, który ładował się pięć minut, a i tak wyglądał jak plakat z Worda 97. Ale możemy zrobić coś innego – odłączyć się na chwilę. Zajrzeć na stare blogi, wejść na forum, gdzie ludzie dalej piszą o akwariach albo naprawie kasprzaka. Napisać tekst, nie dla zasięgu, a dla siebie. Bo może w tym całym cyfrowym chaosie da się jeszcze odnaleźć echo tamtych czasów. A jeśli nie… to przynajmniej zostanie nam mem o psie szczekającym na drukarkę.