Dzisiaj święto! Tak, znów. Bo przecież każdy dzień musi być dedykowany czemuś niezwykle ważnemu. Poza klasykami, takimi jak Boże Narodzenie czy Wielkanoc, doczekaliśmy się w kalendarzu całej masy świąt o wątpliwej istotności. Ktoś wstał rano i pomyślał: „A co, gdyby ogłosić Międzynarodowy Dzień Sprzątania Biurka?” – i oto mamy. Na równi z nim stoją Dzień Pikantnych Potraw, Dzień Doceniania Chwastów i moje ulubione: Dzień Przytulania Worka Ziemniaków. Tak, to prawdziwe święta. Dlaczego nie? Skoro ludzie potrafią celebrować noszenie lewego skarpetka na prawej nodze, to czemu mieliby nie obchodzić Dnia Konsumenta?
No właśnie. Konsumenci. Czyli my wszyscy. Oficjalnie mamy prawa, ale w praktyce nasz status przypomina bardziej status dojną krowę na taśmie produkcyjnej korporacyjnego molocha. Owszem, możemy reklamować wadliwy towar, ale czy mamy się cieszyć, że system pozwala nam odzyskać własne pieniądze za coś, co nigdy nie powinno być wadliwe? Może powinniśmy podziękować bankom, że pozwalają nam korzystać z pieniędzy, których nie mamy, po to, by kupić rzeczy, których nie potrzebujemy? „Kupujemy rzeczy, których nie potrzebujemy, za pieniądze, których nie mamy, żeby zaimponować ludziom, których nie lubimy” – jak to celnie podsumował Tyler Durden w „Podziemnym kręgu”. Piękna esencja współczesnego konsumpcjonizmu.
Bo przecież chodzi o to, by kupować. Od najmłodszych lat jesteśmy tresowani do życia na pełnej reklamie. Dzieci dostają zabawki z logiem fast foodów, nastolatkowie wpadają w szał limitowanych sneakersów, a dorośli…? Dorośli mają kredyty na przedmioty, które starzeć się zaczynają jeszcze w dniu zakupu. Ale spokojnie, za rok będzie nowy model, tym razem w kolorze „innowacyjny granat”. I co z tego, że masz całkiem sprawne urządzenie? Musisz być na bieżąco! Na tym polega życie w cywilizowanym świecie.
A co, jeśli konsumpcjonizm to już nie tylko kwestia dóbr materialnych? Przecież dziś konsumujemy również treści, informacje i emocje. Media społecznościowe stały się supermarketem przeżyć – można tam kupić lajki, podziw, poczucie wartości. Im więcej masz, tym lepiej wyglądasz w cudzych oczach. Pytanie tylko, czy to nadal rzeczywistość, czy już wielka, cyfrowa witryna sklepowa, w której sami siebie wystawiamy na sprzedaż?
I jeszcze jedno – uzależnienie od zakupów to nie tylko problem pojedynczych osób, ale wręcz model ekonomiczny. Produkcja śmieci i krótkowiecznych przedmiotów napędza gospodarkę. Wmawia się nam, że naprawa starego telefonu jest nieopłacalna, że nowa wersja czegokolwiek to konieczność. Czy to nie dziwne, że rzeczy projektowane w latach 80. działają do dziś, a współczesne urządzenia psują się tuż po upływie gwarancji? Oczywiście, że nie – to dobrze skalkulowane działanie.
A gdyby tak… przestać? Gdyby tak na moment zatrzymać ten korporacyjny pociąg i zadać sobie pytanie: „Czy ja tego potrzebuję?” Gdybyśmy zamiast kupować kolejne niepotrzebne gadżety, zainwestowali w coś, co rzeczywiście ma wartość? Na przykład w czas, relacje, przeżycia? Może świętowanie Dnia Konsumenta powinno polegać na tym, że przez jeden dzień nie kupujemy absolutnie nic? Ot, mała forma protestu przeciwko rzeczywistości, w której wciska się nam cegły wmawiając, że to złoto.
Bo przecież największym paradoksem jest to, że konsumpcjonizm nie daje nam szczęścia, a jedynie jego namiastkę. Kupujemy, by poczuć się lepiej, ale chwilowa euforia szybko mija i zostaje pustka. Wtedy znów sięgamy po portfel, bo wmawiają nam, że następny zakup ją wypełni. A może najwyższa pora przejrzeć na oczy i zamiast cegieł budować coś naprawdę trwałego?
Więc jak? Może zamiast kupować cegłę, zaczniemy budować własną wartościową rzeczywistość?